Nieświątecznie

Wolisz, żeby mówić o Tobie Cyganka czy Romka?”- pytam Amoun któregoś razu przy myciu garów. “A, wiesz…te europejskie poprawności…Jestem Cyganką, mówiłam Ci już” – śmieje się  znad rondla z parującą kawą.

“Siadaj, napij się i zjedz ciasto, potem możemy pracować. Kobiety zrobiły nowe poduszki, wczoraj było tu chyba ze dwadzieścia osób, ledwo to ogarnęłyśmy. Dzieci szalały, biedna Amoun nie wiedziała w co włożyć ręce. Ale cieszę się z gości, zawsze to dobrze, kiedy ktoś przychodzi do nas” – wita mnie Amoun, kiedy przychodzę do niej pierwszy raz. Wyciera ręcę w spodnie i rozsiada się przy kolorowym stole. Jej podkreślone czarną kreską oczy uwodzą i równocześnie dają poczucie bezpieczeństwa. Szukam jakiegoś zajęcia na parę godzin w tygodniu, najchętniej związanego z kobietami, w przyjaznym miejscu. I właśnie znalazłam.

Niełatwo było znaleźć to miejsce. Najpierw podjazd rowerem do centrum, przesiadka w tramwaj i długa trasa, podczas której zmieniał się przekrój pasażerów. Mieszanka turystów, chasydów i Arabów powoli przerzedzała się- turyści i część arabskich pasażerów wysiadała przy Starym Mieście, ubrani w chałaci religijni Żydzi dalej, przy wejściu do swojej dzielnicy Mea Szarim. Potem jeszcze kilkoro studentów, którzy podjeżdżali do autobusu, a w końcu zostałam prawie sama, z kilkoma arabskimi kobietami i mężczyznami. Kiedy wysiadłam na Szufat, nie miałam pojęcia gdzie iść – nikt nie zapytanych osób nie wiedział, gdzie tu są Cyganie, nikt nie mówił po hebrajsku, ale w końcu spotkałam nauczycielkę angielskiego, która pomogłą mi się odnaleźć i przez telefon uzgodniła z Amoun, gdzie ma mnie skierować. W końcu dotarłam na miejsce. Po przejściu przez żelazną bramę zeszłam kamiennymi schodami na podwórko, którego ponad połowę zajmowały klomby z kwiatami i ziołami. Na murze suszyły się świeżo pomalowane na jaskrawe kolory pudełka. Weszłam do budynku, gdzie zastałam wysoką, czarnowłosą kobietę, krzątającą się wśród kolorowych biżuterii, materiałów i mebli.

Amoun od prawie piętnastu lat prowadzi świetlicę dla romskich dzieci z Jerozolimy i organizuje zawodowe zajęcia dla kobiet. Jest pierwszą  tutejszą Cyganką, która ma średnie wykształcenie i zachęca inne kobiety, żeby szły jej śladem. Wielu chętnych nie ma, bo z powodu edukacji Amoun jest też jedną z niewielu kobiet bez męża. Nikt nie chce dzielić takiego losu, nawet jeśli oznacza on emancypację.

Podczas gdy w Europie społeczność romska staje się przedmiotem polityki państwowej i celem ataków skrajnych nacjonalistów, w jerozolimskim tyglu w Izraelu Cyganie szukają sposobów na zachowanie kulturowej odrębności. Niewidzialni dla izraelskiego społeczeństwa i państwa, żyją wewnątrz arabskiej mniejszości i podejmują próby własnej polityki tożsamościowej.

Stowarzyszenie prowadzone przez Amoun jest jedyną organizacją w Palestynie, która zajmuje się sytuacją romskiej mniejszości. W samym mieście mieszka około tysiąca Romów – głównie na Starym Mieście i w obozie dla uchodźców Szufat.

“Wychowałam się na ulicach Starego Miasta. Nauczyciel w szkole wyzywał nas, Cyganów, więc w końcu przestawaliśmy chodzić na lekcję i zajmowaliśmy się żebraniem wśród turystów. Tak się nauczyłam angielskiego” – opowiada po angielsku skrawki swojej historii przy codziennych zajęciach. Płynnie mówi też po niderlandzku – spędzała w Holandii czas na zaproszenie poznanego w Jerozolimie małżeństwa turystów. “Oni mnie zachęcali do edukacji, więc się uczyłam i skończyłam studium hotelarskie. Ale kto zatrudni Cygankę?” – wzrusza ramionami. “A poza tym zobaczyłam, że moi ludzie mnie potrzebują, więc otworzyłyśmy to centrum. Dzieci mogą tutaj odrabiać lekcje z korepetytorem, a kobiety zarobić parę groszy sprzedając swoje wyroby. To często ich pierwsze w życiu zarobione pieniądze.”

Drzwi centrum prawie nigdy się nie zamykały. Czasem zdarzała się cicha godzina, kiedy można było w spokoju poobserwować żółwie zajmujące jeden z klombów albo leniwie porządkować nową biżuterię. Na ogół jednak, jeśli akurat nie było w centrum dzieci, przewijali się goście. Działaczka kobiecej organizacji ze Stanów, wolontariuszka z Chrześcijańskiej Ambasady, znajomy Holender – wpadali nie po coś konkretnego, ale żeby dać się ugościć. Czasem przynosili jakieś darowizny, ubrania albo suche jedzenie. ‘Oho, przez dwa tygodnie teraz będziemy zajadać się ryżem’ – Amoun puszczała do nas oko. Codzienny wspólny lunch był rytuałem, nawet jeśli składał się z prostych rzeczy – zawsze bez mięsa, żebym też mogła zjeść, z zaproszeniem do stołu każdego, kto akurat był w odwiedzinach.

Wczoraj Amoun życzyła na swoim fejsbuku wesołych świąt. To dzisiaj? Zdziwiłam się, bo chociaż jesteśmy 20 kilometrów od miejsca, gdzie podobno urodził się Jezus, trudno o tym pamiętać siedząc 24 grudnia w pracy. “To wyjątkowe doświadczenie spędzać Boże Narodzenie w tym miejscu” – pisała ze swojego domu na Starym Mieście. Parę tygodni wcześniej drzewo, które rosło przy jej rodzinnym domu od 200 lat złamało się pod ciężarem śniegu, jaki niespodziewanie spadł na miasto i sparaliżował nasze życie. A teraz nawet śnieg nie sugeruje świąt, nie mówiąc już o kolędach i ozdobach, które w Polsce nie pozwalają świąt po prostu nie obchodzić. To jest na pewno wyjątkowe w doświadczaniu tego czasu w Jerozolimie.

Więcej o Amoun i dzieciach: http://domarisociety.wix.com/domari-society-website

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s