Niech już będzie sabra.

Tylko mi nie mów, że nie jesteś z Tadżykistanu – sarkastycznie komentuje moje nazwisko lekarz, który nawet nie podjął się go wypowiedzieć. Sam amerykańskim akcentem kaleczy hebrajszczyznę i nie zwraca uwagi na to że alef i aijn to dwie różne litery. Najeżona, usadawiam się w pozycji półleżącej, wystawiając ignorantowi do badania wypukły, bynajmniej nie tadżdżycki brzuch. Przez piętnaście minut ogląda z każdej strony moje wnętrzności na monitorze, blednąc coraz bardziej, po czym wręcza mi drżącą ręką plik wyników badania i poleca skonsultować się z lekarzem prowadzącym. Jest problem z mózgiem – rzuca na odchodnym. Nieco zdruzgotani opuszczamy poczekalnię pełną brzuchatych chasydek w perukach i muzułmanek czekających na swoją kolej. Wszyscy wpatrują się w nasze blade twarze z ciekawością i współczuciem. Szybko wychodzimy. Czy to znaczy, że nasze dziecko będzie chore? Czy w ogóle mamy jeszcze dziecko? – zadajemy sobie pytania, na które nie ma nam kto odpowiedzieć. Kolejne godziny wahamy się, czy sprawdzić w internecie coś na temat tajemniczego wpisu w wynikach usg. W końcu ciekawość zwycięża rozsądek, a wyobraźnia od tej pory nie zna granic.

Kolejny lekarz wita mnie w gabinecie pełnym fotografii dzieci i niemowląt. Gładząc siwą brodę wypytuje o samopoczucie, zawód mój i D. i przystępuje do półgodzinnych oględzin moich wnętrzności, w których panoszy się od jakiegoś czasu mały alien. Nogi tu, zaciśnięta pięść lewa, otwarta prawa, nerka, serce – wskazuje po kolei na ekranie. Wymiękam, kiedy pokazuje twarz w 3D. To fotoszop – studzi mój entuzjazm. Teraz mózg. No faktycznie, jest problem, ale o tym za chwilę – marszczy czoło zwieńczone dwukolorową kipą.
Jakie badania genetyczne robiliście od początku ciąży? – pyta.

Żadnych. Mieliśmy w pogardzie obsesję nakłuwania brzuchów w poszukiwaniu zaburzeń rozwojowych i wykluczania kolejnych możliwych anomalii rozwojowych, obecną wśród ciężarnych kobiet wkoło. Chciana ciąża, więc akceptuję co będzie, a badania i tak nigdy nie dają stuprocentowej pewności. Moim głównym zmartwieniem było jak dotąd, że urodzę arogancką sabrę, która nie będzie w stanie wyczuć szopenowskiej melancholii i zdecyduje się pójść do wojska, a potem wyjedzie ćpać do Indii albo Południowej Ameryki i stracę z nią kontakt na dwa lata.

Pewna część mózgu nie rozwinęła się prawidłowo – mówi lekarz spokojnie patrząc na nas. Wiem, jesteście bardzo zdenerwowani, ale trzeba zrobić dodatkowe badanie, skonsultować się z neurologiem i rozważyć decyzję o przerwaniu ciąży – kontynuuje z dobrodusznym wyrazem twarzy.
– To w ogóle legalne?? – wypalam na wyłączonych emocjach zerkając na swój sześciomiesięczny brzuch.
– Jeśli jest wskazanie, to oczywiście – odrzeka ze zdziwieniem. Dopóki to część twojego ciała, ty podejmujesz decyzję. Zerkam z niedowierzaniem na jego asystenta, który przytakuje słowom profesora. – Każdy kraj ma inne regulacje, uzupełnia. Przez chwilę nie wiem, czy jestem na zebraniu radykalnych feministek w Polsce, czy w gabinecie lekarskim publicznej służby zdrowia.

Następny tydzień przechodzę na adrenalinie godnej walczącego o życie zwierzęcia. Bronić prawa do aborcji to jedno, ale wyobrazić sobie, że usuwam własną, chcianą, zaawansowaną ciążę? Uśmiercić życie, które mnie kopie w nerki od kilku tygodni? Ale z drugiej strony, kontynuować ciążę, która od początku jest fizyczną udręką, i urodzić dziecko, które będzie cierpiało, człowieka, który będzie zależny całe życie od innych? Czy będzie nas stać na opiekę? Czy trzeba będzie porzucić życie na stypendiach uniwersyteckich i pójść do korporacji? Czy będziemy mogli podróżować z chorym dzieckiem do Polski? A jeśli zabije nas bomba, to kto się nim zajmie? Gonitwa myśli, bardziej lub mniej sensownych.
Tinok (po hebr. niemowlę) ma tę samą wartośc numeryczną co tikun (hebr. naprawiać) – obojętnie jak ta historia się zakończy, postaraj się, żeby to było konstruktywne doświadczenie dla ciebie – sugeruje R. w swoim pachnącym olejkami i kadzidłem gabinecie.

Przez chwilę jestem panią życia i śmierci, chociaż D. każe mi przestać gadać o aborcji i myśleć pozytywnie w oczekiwaniu na następne badania. A ja potrzebuję rozmawiać, ale boję się, co usłyszę od innych. Może potępią? Może przestaną się odzywać? Rozważam anonimowy telefon zaufania. W końcu nie wytrzymuję i rozmawiam po kolei z bliskimi mi kobietami. Każda, bez wyjątku, ma słowo wsparcia i zrozumienia. Żadna nie ocenia. Teściowa, siostra, koleżanki, mama – co za fenomenalna drużyna. Tylko dzięki ich telefonom, wiadomościom i towarzystwu udaje mi się przetrwać ten tydzień.

Ostatecznie diagnoza okazuje się fałszywa. Kolejni specjaliści uspokajają i pokazują, że wszystko w porządku.
Niech już będzie sabra, byle zdrowa. Po wszystkim czytam aktualne Wysokie Obcasy, gdzie reakcje na wywiad z Katarzyną Bratkowską. Między innymi, kategoryczny list o tym, że pozbawienie życia żywej istoty jest złe. Tylko co to jest zło, a co dobro?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s