Z Kamionki do Jafo?

„Nostalgia przenika na wskroś większość arabskiej literatury” – mailuje z Ramallah Raja Shehadeh na temat roli zadumy nad przeszłością w budowaniu palestyńskiej tożsamości narodowej. „Jest to także uniwersalne odczucie obecne u ludzi, którzy tęsknią za porzuconym domem rodzinnym” – kontynuuje, a mnie przypomina się jego opis rodzinnego domu w Jafo z książki „Obcy w domu”. Urodzony i wychowany w Ramallah, dokąd uciekła jego rodzina w 1948 roku, Shehadeh pisze:
„Stale przypominano mi, że zostaliśmy stworzeni do lepszego życia – a ono zostało w Jafie. Jafa, jak słyszałem, była oblubienicą morza, a Ramallah nawet nie miało do niego dostępu. Jafa była perłą albo diamentową latarnią wyłaniającą się z wody, a Ramallah – burą, zimną, zacofaną mieściną, gdzie nic się nie działo. Jafa to było bogactwo: dom z oryginalnymi obrazami olejnymi i należący do mojego dziadka świetnie wyposażony Continental Hotel, który – jak powtarzała dumnie babcia – miał restaurację z porcelaną i kompletami srebrnych sztućców dla dwustu gości. Jafa to było miejsce, gdzie ojciec zgromadził obszerną bibliotekę prawniczą w swojej kancelarii na ulicy Nuzha; miejsce, gdzie były sądy, kluby nocne, Dora, świetna żydowska krawcowa z Tel Awiwu, która szyła mamie ubrania, pyszne ciastka od Kapulskiego i gaje pomarańczowe. No i przede wszystkim Jafa to było morze i budka z falafelami Abdo nad samym brzegiem, gdzie rodzice kupowali kanapki i o srebrzystym zmierzchu. Jakże tęskniłem przez całe dzieciństwo za tymi wyśnionymi przyjemnościami! Myślałem, że życie byłoby wspanialsze i bardziej ekscytujące, gdybyśmy wciąż tam mieszkali, za horyzontem, w pięknym mieście, które znałem wyłącznie ze słyszenia i tak bardzo pragnąłem zobaczyć.”
Czy udało mu się być kiedyś w Jafo? Zapominam zapytać.

„Jak większość emocji, – pisze dalej Shehadeh, [nostalgia] może człowieka ograniczać, jeśli nie pozwala na rozwój albo nie prowadzi do twórczej refleksji nad osobistym doświadczeniem.”

Kontempluję słowa palestyńskiego pisarza, które wyskakują na moim ekranie i jakoś tak same mnie prowadzą na nadwiślański brzeg. Ach, gdyby tak móc podskoczyć na rowerze pod Halę Targową w Krakowie, kupić obwarzanka z sezamem, kawałek bundzu i parę pomidorów i rozłożyć się z sobotnią gazetą na brzegu rzeki po kazimierzowskiej stronie. Albo zjeść porządny chłodnik z botwinką w taki ciepły dzień jak dzisiaj. Lub chociaż dostać miseczkę twarogu ze szczypiorkiem. D. już zauważa moje rozmarzenie i z niepokojem zastanawia się, co tym razem i jak można to szybko ukrócić. Do tej pory było łatwo – bo tęsknotę za sojowymi parówkami z POLSOJI szybko ukoiła paczka izraelskiego substytutu w zamrażarce, a odebranie z poczty wyczekiwanej paczki od mamy zakończyło dwutygodniową melancholię nad suszonymi borowikami, które chyba mu zbrzydły od samego słuchania. Ale przecież tyle można o nich, a każda potrawa to osobna historia – bo kasza gryczana z zabielanym sosem to mleczak, a najlepszy żurek wegetariański robi Krakowiak, który się nauczył chyba od Dominika, a z kolei grzybowa z łazankami to klasyk, nie wspominając już o wigilijnych uszkach mamy.

Wolisz jajecznicę czy omlet? – pyta D. wychodząc do kuchni. – Wiesz, omletów u mnie się w ogóle nie jadało w domu, chyba tutaj dopiero polubiłam. Za to pamiętam jak mama robiła tacie jajecznicę, na maśle, z dwunastu jaj, wyborażasz sobie jak on to mógł zjeść… – zaczynam snuć swoją opowieść, aż dopada mnie pełen politowania wzrok.
–Chodzi mi tylko o to, co chcesz zjeść na śniadanie – D. przerywa mi spokojnie, a ja widzę oczyma wyobraźni jak rozdziera bluzkę od piżamy w akcie rozpaczy nade mną, zawieszoną gdzieś nad wioską w okolicach Wrocławia.

Wstydliwą trywialność swoich kulinarnych nostalgii wobec tych, o których pisze Shehade, uzupełniam zestawem tych bardziej poważnych z rodzinnej szafy, i już mogę stawać do konkursu. A w szafie przeróżne – i takie, które łatwo zrealizować – jak ta za lasami w podwałbrzyskim Książu czy za drewnianą chatką prababci w nadwiślańskiej Stężycy, i te, które już tylko w sferze wyobraźni – za domem w Sadownem i podróżą pociągiem do stolicy, za słyszanymi w dzieciństwie rozmowami w esperanto, za porzuconym warsztatem zegarmistrzowskim we Wrocławiu, odtworzonym w Tel Awiwie; wreszcie za gospodarstwem w Kamionce Strumiłowej pod Lwowem, która nawet się już nie nazywa Strumiłowa tylko Buzkaja, więc tak jakby jej już nie było – więc niechętnie się ogląda aktualne zdjęcia kamionkowskiego kościoła z wycieczki wnuczki, bo już się człowiek przez tyle lat przywyczaił do tego wrocławskiego franciszkanów, a ten ze zdjęć jakiś taki mały się wydaje.

„Wyczekuję z niecierpliwością dnia, kiedy będziemy mogli tę konkretną nostalgię [za utraconą ziemią i domami] pozostawić za sobą i skoncentrować się na innych sprawach i emocjach, patrzeć w przyszłość, zamiast w przeszłość” – kontynuuje Raja Shehadeh. Tego Ci życzę – odpisuję szczerze, zaciskając kciuki pod stolikiem jednej z hipsterskich jafskich kawiarni, urządzonej w opuszczonym ponad 60 lat temu budynku.

Cały wywiad z Rają Shehadehem do przeczytania w najnowszym magazynie „Znak”.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s