Gluten a sprawa konfliktu bliskowschodniego.

Fiasko kolejnych, rocznych pokojowych negocjacji między rządami Izraela i Autonomii Palestyńskiej zdaje się przejmować jedynie kulturowych „nuworyszy” izraelskiego społeczeństwa oraz lewicowych intelektualistów. „Kolejny naiwny amerykański polityk sądził że zbawi Bliski Wschód” – słyszę komentarze towarzyszące machaniu ręką na moje pytanie o sytuację polityczną. Zgodnie z rzymskim przysłowiem poświęcam więc uwagę temu, co wszyscy dookoła – czyli świątecznemu menu. Nie barszczowi jednak ani mazurkom, choć jajkom i chrzanowi już tak. Kolejny raz więc o jedzeniu, ale co poradzić – nie trzeba być Żydem albo ciężarną, żeby się ekscytować suto zastawionym stołem.

W przedpesachowym wydaniu weekendowego Haarecu uwagę przyciąga przepis na bezmięsny rosół i bezglutenowe kulki macowe. Intrygujące to, niepokojące czy postępowe i dające powód do radości? Zdaniem niektórych, w przyszłym roku możemy się spodziewać przepisu na Pesach bez macy, a i na charoset znajdzie się ideologiczny bat.

Tymczasem jednak na cenzurowanym pozostają produkty odzwierzęce. Liczebność populacji wegetarian i wegan w Izraelu wedle różnych danych sięga od 400 000 do 800 000 ludzi. Nieprzypadkowo może to tutaj zaczęłam swoje wegańskie doświadczenie, bo choć polityczna tendencja już panowała na stołach warszawskich, to dopiero powszechność humusu, całoroczne bogactwo warzywno-owocowe i kreatywność kulinarna w dziedzinie wegańskich deserów związana z zasadami koszerności dostarczyły mi warunków do rezygnacji z nabiału.

Po kilku miesiącach czułam się wspaniale i lekko. Wegańska dieta, miałam wrażenie, oczyściła mój organizm, uwolniła od różnych bóli brzucha i wniosła na moralne wyżyny. Miała jednak zasadniczą wadę, która przewyższyła nawet problem anemii, jaki zapewne udałoby się rozwiązać bardziej dbając o dobór produktów: alienowała mnie społecznie. Elitarność mojego wyboru odczułam szczególnie po powrocie do Polski. Przynależność do kolejnej awangardy uwierała coraz bardziej, a sił na dźwiganie worków z fasolą ubywało, stałam się weganką na wzór polskich katolików: wierzącą, ale niepraktykującą. Moją granicą pozostało wówczas jedzenie zwierząt.

Emigracja i nowa kondycja fizyczna, stworzyły mi jednak warunki do pójścia krok dalej w testowaniu mojego stylu życia. Z dala od czułych, choć czujnych oczu warszawsko-krakowskiej awangardy i w stanie, w którym wszystko się wybacza (jeśli ciężarna chce zjeść szynkę w Jom Kippur, należy jej dać – poucza przecież Talmud) – postanowiłam sprawdzić jak po 10 latach przerwy mój organizm zareaguje na mięso. Niedobór b12 i krwotoki z nosa były jedynie nieznaczącym argumentem dodatkowym na rzecz tej szalonej decyzji. Po trzech miesiącach mentalnych przygotowań nadszedł wiekopomny dzień, w którym z pełną świadomością skąd pochodzi ten aromatyczny kąsek na moim talerzu (jako wychowane na wsi dziecko nigdy nie miałam złudzeń co do źródeł pochodzenia mięsa i regularnie zaprzyjaźniałam się z kolejnymi zwierzętami, które następnie lądowały na naszym stole), zjadłam kawałek kurczaka. I co? Nie tylko nie trafił mnie oczekiwany piorun (choć może adekwatniejsza byłaby w związku z położeniem geograficznym bomba), ale też poczułam swego rodzaju błogostan cielesny i przypływ energii. Zaskakująca struktura, smak i efekt stały się atrakcyjnym wyzwaniem. Pozostając niewierna swoim ideologicznym przekonaniom, postanowiłam przedłużyć test jedzenia zwierząt do momentu pozbycia się rosnącego mi z przodu i wysysającego energię brzucha. Zdecydowałam, że jestem gotowa jeść mięso raz w tygodniu, a moją mentalną granicą jest jedzenie ssaków (z ulgą odkryłam, że mam w sobie jeszcze resztki przyzwoitości).
Z powodów zdrowotnych wybór padł na kurzą wątróbkę, która choć od lektury „Kompleksu Portnoya” kojarzyła mi się wyłącznie z jedną potrzebą fizjologiczną, i nie jest nią głód, miała zapewnić mi odpowiednią ilość witamin i energii do przetrwania tej obezwładniającej gehenny, to znaczy ostatniego etapu tego pięknego doświadczenia jakim jest ciąża.

Poza pozytywnymi reakcjami fizjologicznymi, których opisywanie osoby praktykujące weganizm mogą poczytać mi za pornografię (wszakże jak gdzieś ostatnio wspomniała pisarka Bator, pornografia to to, co podnieca ciebie, a erotyka to, co podnieca mnie – nawet jednak na szerzenie erotyki nie pozwala mi wrodzona nieśmiałość), moja postawa spotkała się z neutralnymi po entuzjastyczne rekacjami. Życzliwemu kiwaniu głową nad wariactwami ciężarnej towarzyszy zadowolenie teściowej, która na urodzinowy obiad zrobiła mi siekaną wątróbkę, radość wujka z Bat Jam, że ciąża przywróciła mi rozum oraz ulga babci, że teraz już nie musi się martwić o moje zdrowie, więc może o inne rzeczy. Ogólnie ze strony rodziny pochwałom nie ma końca – dobrze, że mój eksperyment trwa jeszcze tylko miesiąc, bo inaczej groziłoby mi zagłaskanie na śmierć i wtedy dopiero możnaby mieć silny argument na rzecz wegetarianizmu. Już widzę te nagłówki Faktu: „Jedzenie żydowskiej wątróbki doprowadziło ją do powolnego umierania!” i socjologiczną analizę Evy Iluz w Haarecu: „Jak aszkenazyjskie tradycje wyniszczają młode pokolenie w Izraelu”. Tymczasem jednak, korzystając z okazji, po raz pierwszy w życiu (choć czy jedyny? kto to wie…), zjem prawdziwy rosół z kury na Pesach, a do tego bezkarnie pochłonę pływające w nim kulki macowe pełne zabójczego glutenu. Kto wie, może gdyby Amerykanie zamiast siać na świecie strach przed białym chlebem zasiedli do stołu zastawionego puszystymi pszennymi pitami z humusem i tłustą baklawą, negocjacje pokojowe nabrałyby innego kierunku?
Z życzeniami wesołych świąt i smacznego jajka.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s