Zamknij gębę!

Na to, że za dużo mówię o swojej ciąży zwróciła mi uwagę już nawet babcia („ja urodziłam trzy rok po roku i jakoś tak nie narzekałam”). To jednak temat rzeka i wcale nie chce mi się przestać. Chociaż więc izraelskie Ministerstwo Edukacji dostarczyło kolejnego powodu do rozważań nad miejscem Holokaustu w przestrzeni publicznej – w zeszłym tygodniu przyjęto ustawę o wprowadzeniu lekcji o Szoa do izraelskich przedszkoli – w głowie (oprócz tego, że w brzuchu), znowu ciąża. Przedszkole na razie jest dla mnie pojęciem abstrakcyjnym (no, może poza rozkosznymi piskami bachorów dochodzącymi co dzień z placówki zza płotu kiedy próbuję się skupić na pisaniu doktoratu) i oby tak pozostało, dopóki nie będzie wyjścia.

O różnych porach nocy, kiedy budzą mnie bóle pleców; dnia, kiedy zalewam łzami stojący od wielu tygodni na balkonie rower i wieczora, kiedy tęsknie spoglądam na biegaczki przemykające pod domem w drodze do parku i równie nostalgicznie zerkam na chłodzoną w lodówce butlkę białego wina dla gości, dopada mnie przyciężkawo brzmiący temat: „Ciąża a wolność”. I chociaż doskwierają mi różne ograniczenia fizyczne, i tęsknię za swobodą ruchu, picia, jedzenia, palenia i ubioru, to wszystkie te sprawy są banałem wobec frajdy z zabawy w boga jaką jest sprowadzanie na świat człowieka. Znacznie bardziej ciąży mi ciążowy przemysł, w którym każdy wybór jest klasowo i kulturowo naznaczony. Obecnie wybory te dotyczą wyczekiwanego z utęsknieniem finiszu ciąży.

Jako Zosia Samosia (czyli wyemancypowana wersja Matki Polki, która robi to samo, ale nie nazywa tego poświęceniem, tylko feminizmem) oraz amatorka jogi i naturalnej medycyny, która dodatkowo przyszła na świat w domu w towarzystwie wyłącznie rodziców, w pierwszym odruchu chciałam rodzić u siebie w mieszkaniu. Ta coraz popularniejsza w Izraelu forma porodu okazuje się być dla wielu kobiet pozytywnym przeżyciem, które zmniejsza stres i potrzebę medycznych interwencji w porównaniu z porodem szpitalnym. Coraz popularniejsza w zamożniejszej klasie średniej, powinnam dodać – bo tego typu impreza jak się okazało, kosztuje około 6 tysięcy szekli (ponad 5000 PLN) bez możliwości refundacji z kasy chorych. Dodatkowo, poród domowy odbiera prawo do tutejszego becikowego – a to podobno dlatego, by zachęcić żyjące w prymitywnych warunkach na pustyni kobiety z plemion beduińskich do rodzenia w szpitalu i zwiększania tym samym szans przeżycia ich noworodków. Jako prekariuszka, której jedynym stałym źródłem dochodu jest obecnie rządowy zasiłek i stypendium doktoranckie męża, mogę tylko pomarzyć o posiadaniu takiej kwoty na zbyciu, chociaż jako córka i synowa klasy średniej pewnie mogłabym zorganizować środki na ten luksus. Sęk w tym, że trochę się jednak boję tego pierwszego porodu, więc na wszelki wypadek wybrałam jednak szpital. Poza tym, klasowa otoczka domowego porodu z prywatną położną nieco uwiera pozostałe jeszcze we mnie szczątki lewackiego sumienia, bo choć w jego istnienie nie wierzą już nawet najwierniejsi polscy przyjaciele, odkąd przyjęłam obywatelstwo faszystowskiego Izraela, to coś tam jeszcze tli się na dnie mojej duszy i nie pozwala odmówić sobie doświadczenia, jakie jest udziałem przeciętnej rodzącej kobiety.

Tymczasem jednak nie jest tak łatwo, bo skoro już nie decyduję się na poród domowy, to absolutnie niezbędna jest mi doula, jak dowiedziałam się na kursie przedporodowym (który swoją drogą też jest elementem przemysłu, „niezbędnym” przyszłym rodzicom) i od świadomych ekologicznie koleżanek. To, że przy porodzie będzie towarzyszyć mi bliska osoba, której ufam i która zna moje ciało, wie jak mnie rozluźnić i rozśmieszyć, a także przygotuje mi do jedzenia to co lubię, nie wystarczy – powinnam mimo wszystko opłacić profesjonalistkę, która będzie robiła to samo, ale z zawodowym przygotowaniem. Oczywiście, od razu wyciągam dwa tysiące szekli z kieszeni teścia, a męża, który pilnie uczył się na kursie przedporodowym jak i gdzie mnie masować podczas skurczy, wysyłam na piwo z kolegami.

Wreszcie dochodzę na szczyt przemysłowej piramidy, gdzie uwięziony w klatce siedzi epidural – negatywny bohater artykułów prasowych w magazynach kobiecych i wróg eko-mamy. Piramidy, żeby było jasnej, zbudowanej ze sloganów o wolnym wyborze kobiety – podobno pozytywne doświadczenie porodu nie zależy od tego, czy rodzi się „naturalnie”, czy pod znieczuleniem, czy ma się cesarskie cięcie – ale od tego, że ma się czynny udział w podejmowaniu decyzji dotyczących porodu. Tak przynajmniej powtarza prowadząca kurs przedporodowy, by zaraz potem wyciągnąć przerażający rysunek na którym skulona kobieta dostaje zastrzyk epiduralu w kręgosłup. Żeby nie było wątpliwości, co do tego, iż ona sama nie ma żadnych uprzedzeń wobec przyjmowania środków przeciwbólowych, na ostatnich zajęciach oglądamy film, gdzie w jeszcze bardziej obrazowy sposób przedstawiona jest procedura przyjęcia epiduralu oraz omówione ryzyko towarzyszące sprowadzeniu na świat naćpanego nim dziecka. Jeśli którejś z nas uczestniczących w zajęciach sama świadomość, że medycyna ma odpowiednie środki do uśmierzenia bólu porodowego, dawała większe poczucie bezpieczeństwa co do zbliżającego się rozwiązania, po zakończeniu kursu nie mamy już wątpliwości, że to myślozbrodnia. Wkraczając w dziewiąty miesiąc ciąży jestem więc gotowa do pełnego przeżycia czekającego mnie porodu, włącznie z bólem który jest jego częścią, i przy okazji planuję zaliczyć dwa orgazmy, tak jak jedna kobieta na filmie.

Dystansowanie się od komercjalizacji ciąży przychodzi stosunkowo łatwo, jeśli tylko się postanowi nie wierzyć wszystkim ekspertom, którzy nakazują zakup miliona absulutnie niezbędnych rzeczy, bez których będzie się złym rodzicem a dziecko bezpowrotnie straci szansę na właściwy rozwój. Nietrudno mi też potraktować jako żartu zaleceń, by w ciąży wyglądać pięknie, głównie odpoczywać i się nie denerwować oraz cieszyć się zbawiennym wpływem hormonów na wygląd cery – wystarczy, że w swoim ślmaczym biegu do biblioteki albo wracając z kolejnych, stresujących badań spojrzę w lustro, gdzie od jakiegoś czasu zamieszkuje wieloryb w wysypką na twarzy. W starciu z chińską fabryką “wyjątkowego doświadczenia porodu” zaliczam glebę raz po raz, ale walka trwa – a posiłki w osobach innych ciężarnych, wykrywanych przez czuły radar, już widoczne na froncie.

Tymczasem fejsbuk, który lepiej niż ja najlepszy przyjaciel wie, co mnie teraz interesuje, adekwatnie do czasu (w tym tygodniu Izrael obchodził dzień pamięci o Holokauście) poleca artykuł „W ciąży w Auschwitz”. Z grubej rury – ale chwytam. Tam to dopiero nie można mówić o jakimkolwiek przemyśle ciążowym – bluźniercze myśli zazdrości o tę wolność przebiegają mi przez głowę, na przemian ze wzruszeniem historią kobiety, której udało się utrzymać ciążę w obozie i urodzić siedemdziesięcioletniego dzisiaj syna.

Może faktycznie babcia ma rację, że za bardzo się nad tą ciążą rozczulam – myślę wreszcie siadając na fotelu dentystycznym pełna wątpliwości, czy dobrze że się zdecydowałam na zabieg. Uchanany lekarz cieszy się, że jestem z Polski – jego żona też i nawet nauczyła go kilku słów. Nie daję mu jednak opowiedzieć jakich, bo zaczynam biadolić nad ryzykiem związanym z rentgenem zęba w ciąży i miejscowym znieczuleniem. Zamknij gębę! – słyszę w końcu po polsku i za chwilę mam trzy foty bolącej ósemki, która 10 minut później ląduje w koszu i uwalnia mnie od przykrych dolegliwości. Dziecko jak boksowało, tak boksuje. Naturalnie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s