Zaduma nad zadymą.

Listopadowy dzień niepodległości w Polsce z izraelskim, przypadającym w maju, łączy charakterystyczny dla obu okazji dym. O ile w Polsce zadyma tego dnia wiąże się ze starciami różnych frakcji politycznych ze sobą i z policją, a dosłownie też dymi się z powodu odpalanych petard, izraelskie niebo zasnuwa dym z grilla. Wędzenie się przy grillu w publicznych parkach, obok tysiąca innych rodaków, to obok ubierania samochodów w biało-niebieskie flagi z gwiazdami Dawida główna forma celebracji państwowych urodzin. Zaliczyłam ją raz w ramach poznawania lokalnej kultury i starczy mi na resztę życia. Co więc robić w dzień niepodległości, który na dodatek jest poprzedzony dniem pamięci, kiedy przy dźwiękach smutnych utworów płynących z radia i telewizji cały naród zaduma się na poległymi w wojnach bliskowschodnich żydowskimi żołnierzami?

Można w imię internacjonalizmu i pacyfizmu bojkotować – odmawiać przyjęcia flagi od wolontariusza na ulicy, ostentacyjnie nie przepuszczać w kolejce do autobusu młodej żołnierki, której wszyscy tego dnia ustępują miejsca; i zamykać okno na dźwięk dobiegających od sąsiadów „Szira beCibur”, izraelskiej tradycji śpiewania przy gitarze piosenek sięgającej czasów przedpaństwowych pionierów socjalistycznych, która dzisiaj opiera repertuar na twórczości zespołów wojskowych. Cóż zrobić jednak, kiedy wolontariusz (czy też sprzedawca?) flag jakoś za każdym razem mnie omija, żołnierka sama wycofuje się z kolejki na widok mojego grubego brzucha, a dźwięki gitary całkiem miło koją do snu? Bojkot to zresztą mało oryginalna forma rozrywki w Izraelu, zarezerwowana dla prawych Europejczyków i Amerykanów, którzy skrycie marząc o ustach Scarlett Johansohn, publicznie linczują ją za reklamowanie produktów mających nieczyste sumienie w związku z eksploatacją terenów palestyńskich.

W zeszłym roku w dzień niepodległości razem z D. zaprosiliśmy znajomych do wspólnej nauki i odśpiewania „Międzynarodówki” w jidysz. Podebrany z warszawskiej Kolorowej Niepodległej pomysł spotkał się z nieśmiałym entuzjazmem. Nikt z zebranych jednak – albo cudzoziemców, albo Izraelczyków, którzy nie byli w armii, albo nowych imigrantów, którzy też tego doświadczenia nie zaliczyli – nie miał okazji nauczyć się w wojsku właściwych dla tego dnia piosenek, a więc nie trzeba było walczyć z konkurencyjnymi propozycjami. Drugą atrakcją wieczoru było robienie własnych flag. Okazało się, że poza romantykami, którzy wyrysowali flagi swoich utopii, znajdują się wśród nas też pragmatyczni separatyści – tamtego dnia z balkonu przy ulicy rabiego Meira w Jerozolimie powiewała między innymi flaga baskijska.

W tym roku wachlarz opcji poszerzył się o kolejne możliwości, które odkrywam w miarę mieszkania tutaj. W Tel Awiwie, zachęcała teściowa, wspólna żydowsko-palestyńska ceremonia upamiętniająca wszystkie ofiary konfliktu. O ile bowiem w Dzień Pamięci o Holokauście wiele arabskich obywatelek Izraela respektuje i uznaje, o tyle tym samym ludziom trudno z obywatelskiego obowiązku opłakiwać żydowskich żołnierzy, którzy często zabijali ich dziadków czy wujków, zanim sami zostali zabici. Takie rzeczy jednak tylko w izraelskiej stolicy lewactwa – w Jerozolimie propozycje raczej narodowo-religijne. Synagoga naprzeciwko urządziła wieczorną imprezę dla dorosłych i dzieci, poprzedzoną modlitwą za kraj. Ktoś inny za darmo oprowadzał po mieście szlakiem niepodległościowym.

U sąsiadów próba rozmowy o syjonizmie wokół stołu, na którym sterta książek, wśród nich krytyczna analiza syjonizmu pióra izraelskiego historyka Amosa Elona, tomik wierszy palestyńskiego poety Mahmuda Darwisza i Bedekerowski przewodnik po Jerozolimie z 1876 roku. W dusznym salonie ich przyziemnego mieszkania, można było poczuć się jak na konspiracyjnym spotkaniu w dziewiętnastowiecznym w sztetlu – tym razem jednak Żydzi nie chowali się przed czujnym okiem carskiej policji, ale przed hałasem z imprezy karaoke, gdzie żydowscy sąsiedzi wyśpiewywali największe hity Mizrahi. Jako wysublimowani intelektualiści, nie mogliśmy jednak pójść na taką łatwiznę i po prostu się zabawić, szczególnie nie tego dnia. Popołudnie więc upłynęło na rozważaniach, czy jeśli kiedyś znowu nie będzie państwa żydowskiego, to czy dzień niepodległości Izraela stanie się religijnym żydowskim świętem podobnie jak Pesach.

W przeddzień tych wszystkich atrakcji znalazłam się w barze Afrodyta w jafskiej dzielnicy Ajami. W kolejce do arabskiej rybiarni żydowsko-palestyńska koegzystencja, o której w tych dniach głośno, przyjęła formę rywalizacji o lepszy stolik. Hebrajski raczej nie pomagał w zdobyciu dobrego miejsca na liście oczekujących, ale ostatecznie każdy został zaopiekowany. Zasiadająca za wielkim stołem obłożonym papierami właścicielka zaś, jak niesie plotka, katolicka lesbijka – ale może to tylko chwyt marketingowy – spokojnie czuwała nad sytością żołądków, bez względu na ich rasę. Także i tutaj nie dało się uniknąć dymu. Jakże inny miał jednak charakter! I tak jedzenie humusu w oparach jabłkowej nargili było zdecydowanie moją ulubioną formą celebracji w tym roku. Kropla orientu i od razu życie staje się przyjemniejsze, nawet w dzień niepodległości.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s