(przyszła) Matka Polka feministka

Ostatnie wystąpienia publiczne Agnieszki Graff na temat macierzyństwa i feminizmu trafiły w jeden z moich czułych punktów (http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/czytaj-dalej/20140510/graff-macierzynstwo-tez-feministyczny-temat). Dyskurs wokół „problemu dzieci” i macierzyństwa w przestrzeniach feministycznych stał mi się bliski w momencie, kiedy sama poczułam, że najbardziej na świecie chciałabym urodzić dziecko i doświadczyć macierzyństwa. Wcześniej myśl zupełnie abstrakcyjna, na tyle, by średnio zwracać uwagę na koleżanki-matki i nie traktować ich spraw jako siostrzanych, nagle ten projekt stał się jednym z głównych w moim życiu. Jako “zawodowa feministka”, dla której ta identyfikacja od kilku lat jest jedną z najważniejszych, zajmowanie się ruchami emancypacji kobiet przemiotem pracy naukowej i pasją, a środowisko feministyczne tym domyślnym, w którym – podobnie jak Graff, czuję się najbardziej naturalnie, wpadłam w konsternację, kiedy okazało się, że nie umiem sobie poradzić z doświadczeniem ciąży. Doświadczeniem, które – jak zauważa Graff – jak do tej pory łączy więcej kobiet na świecie niż jakiekolwiek inne przeżycie, pochodzenie etniczne lub status materialny, które stały się podstawą do wyodrębnienia różnych ścieżek myślenia i działania feministycznego. Nie chcę przez to powiedzieć, że ciąża i macierzyństwo równa się kobiecość, albo że każda kobieta która jest w ciąży i rodzi dziecko doświadcza tego tak samo. Wiadomo, są to tylko jedne ze specyficznie kobiecych doświadczeń i każda z nas ma inaczej, zależy to od tego gdzie się mieszka, ile ma się kasy, w jakim stanie zdrowia się jest, czy ma się wsparcie, jaką osobowość itd. itd. Chodzi mi o to, że o ile moja edukacja feministyczna: akademicka w ramach studiów genderowych,uliczna, i towarzyska, jak i samodzielnie zdobywana poprzez lektury, dała mi narzędzia do tego, by realizować swoje ambicje zawodowe, dbać o otrzymywanie sprawiedliwego wynagrodzenia, praktykować partnerski związek, realizować swobodnie swoją seksualność i kontrolować płodność – to zupełnie nie przygotowała mnie do tego, jak radzić sobie z doświadczeniem ciąży. Rewolucja fizyczna, emocjonalna, nagła sytuacja zależności od innych – i tej finansowej, i tej związanej z niemożnością przyniesienia zakupów do domu czy powieszenia swojego prania, wykluczenie towarzyskie związane z odstaweniem używek i zmęczeniem, problemy z wyrobieniem się zawodowym i naukowym z powodu huśtawek hormonalnych – banalne i oczywiste elementy towarzyszące mojej upragnionej ciąży, objawiły mi się nagle jako największe życiowe dramaty. Rozpaczliwie szukałam jakiś feministycznych metod afirmacji ciąży, ale Dniom Cipki nie towarzyszą Dni Bóli w Krzyżu albo Festiwal Grubego Brzucha. W przeglądanych w panice feministycznych publikacjach znajdywałam wiele na temat macierzyństwa: o tym, jak ogranicza kobietę; jak kończy partnerstwo w związku, jak bardzo czyni z kobiety istotę, fuj, biologiczną; wreszcie o tym jak powoduje porzucenie doktoratu, zakończenie kariery zawodowej i depresję poporodową związaną z brakiem pieniędzy. Wszystko to prawdy, ważne i wartościowe nauki. Ale jest też druga strona, od której myśl krytyczna jest daleka – i bardzo szkoda. Bo ciąża okazała się dla mnie też doświadczeniem wzbogacającym, które w wyjątkowy sposób pozwala spojrzeć na siebie samą, swoje funkcjonowanie w świecie i dostrzec sieci zależności, na jakich zbudowane jest społeczeństwo. Daje szansę na poznanie z innej strony swojej osoby towarzyszącej w życiu, swojej rodziny, przyjaciół i otoczenia. Staje się pretekstem do nawiązywania rozmów z nieznajomymi, poznawania nowych ludzi i wielokrotnego przekraczania swojej strefy komfortu w konfrontacji z niecodziennymi warunkami. Uczy pokory, cierpliwości i daje okazję do przećwiczenia empatii wobec osób poruszających się z trudem. Nade wszystko zaś jest lekcją o tym, jak badzo jest się skoncentrowanym na sobie. Jest taka kabalistyczna przypowieść o tym, że bóg kiedy stwarzał świat wycofał się wgłąb siebie tworząc przestrzeń, która pozostała zarówno jego częścią, jak i posłużyła za miejsce do powstania tego świata. To była dla mnie – podkolorowanego żydowskiego ptaka, w ostatnich miesiącach najbardziej wzmacniająca metafora. No, może obok, czytanych w ukryciu szamańskich opowieści o sile kobiet.

Nazywanie konserwatyzmem albo backlashem upominania się Agnieszki Graff o to, żeby ruch feministyczny zwrócił uwagę na sprawy kobiet, które są matkami zaintrygowało mnie. Rozumiem, że to są po prostu rodzaje inwektyw, tak jak kiedyś się nazywało kogoś Żydem, a teraz pedałem albo Cyganem, choć wyzywana osoba nie ma ze wskazanymi cechami nic wspólnego. W wypowiedziach Graff nie doszukałam się bowiem ani kontrataku dla ruchu wyzwolenia kobiet, ani też obrony status quo – wręcz całkiem odwrotnie. Feministyczna krytyka macierzyństwa zrobiła wiele dobrego, żeby kobiety mogły poczuć się pełnowartościowymi ludźmi niezależnie od tego, czy decydują się na to, żeby zostać matkami, czy nie. Głos Graff, może być dobrą okazją do tego, by w swojej polskiej wersji nie wylała dziecka z kąpielą. Może z moją córką będę się czuła na spotkaniach feministycznych już bardziej swobodnie niż starsze stażem koleżanki.

Z pozdrowieniami dla koleżanki Michalczak http://katarzyna-michalczak.nowe-peryferie.pl/2014/05/12/moj-slodki-maly-backlash/

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s