Chrześcijańskie miłosierdzie wobec silnych kobiet i miłych chłopców.

Z ekstytacją przeczytałam o nowej publikacji opisującej życie „Krwawej Luny”, czyli prokurator Julii Brystygierowej. Wydanie tej książki cieszy mnie podwójnie, jako osobę zainteresowaną odkrywaniem i zapomnianych kobiet z polskiej historii, i spisywaniem dziejów zawiłych losów polskich Żydówek. Niestety, książka spełnia moje oczekiwania tylko w małym stopniu.

Bukalska od pierwszych stron książki nie pozostawia złudzeń co do swojej osobistej, negatywnej oceny postaci Luny. Jej poszukiwania zrozumienia tej biografii pozostają wyłącznie na poziomie chrześcijańskiego miłosierdzia; zapowiadają nie namiętną konfrontację z intrygującą postacią, tylko litościwe śledzenie dziejów złej kobiety w nadziei na znalezienie usprawiedliwienia jej okrucieństwa. Czytanie tej książki jest doświadczeniem irytującym, ale mierzę się z nim bo jestem ciekawa faktów z życia Brystygierowej, które Bukalska (i Torańska) zebrały.

Trzeba zauważyć, że nie jest ta publikacja, próbująca naśladować między innymi, styl wybitnego reportażu Magdy Kicińskiej o Stefie Wilczyńskiej, pozbawiona feministycznej wrażliwości. Zwraca uwagę na przykład na to, że podczas gdy nikt nie interesował się życiem seksualnym komunistycznych działaczy-mężyczyzn, Lunie skrupulatnie liczono kochanków. Jest jednak ta książka głęboko antyfeministyczna w zadziwieniu autorki, że kobieta z takim potencjałem, która mogła zostać wybitną filozofką, pisarką, a nawet świętą, została okrutną prokuratorką. W tym zadziwieniu ujawnia się w całej pełni chrześcijański myzoginizm, który rozdziera szaty na widok kobiety niepokornej, skomplikowanej, o złożonych losach i podejmującej samodzielne decyzje. Pomijam już fakt, że żal iż polska Żydówka nie została świętą, jest połączeniem tego myzoginizmu z antyżydowskim cieniem, znanym już doskonale współczesnym widzkom i widzom z „Idy”, a wnikliwszym czytelniczkom z analizy polskiej literatury Bożeny Umińskiej.

Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że z podobnym rodzajem chrześcijańskiego miłosierdzia mamy do czynienia przy okazji płynącej z różnych politycznych kierunków, krytyki wobec wyznania aborcyjnego piosenkarki Natalii Przybysz. Agnieszka Wiśniewska już o tym, na wkurwie, pisała na Krytyce Politycznej, Kasia Michalczak na swoim blogu, anonimowa autorka zaś w poruszającym, a równocześnie jakże trzeźwym liście do Gaz. Wyb.

Natalia Przybysz jest ładna, miła, heteroseksualna i jest matką. Usunięcie ciąży przez taką kobietę godzi w tę samą iluzję, w którą uderza życie żydowskiej prokurator Brystygier. Dlatego oburza znacznie bardziej niż na przykład aborcyjne wyznanie niezłomnej performerki Anki Zawadzkiej, lesby i wariatki (kogo to obchodzi, że taka sobie wyskrobała, zresztą kto jej uwierzy).

Niech moc będzie z Wami dziewczyny – obserwuję aborcyjne potyczki w Polsce z dystansu. Żyję na emigracji, w Izraelu, gdzie antykoncepcja jest dostępna dość powszechnie, chociaż nie bezpłatnie, a umiarkowanie liberalne prawo aborcyjne praktykowane z dużą swobodą. Cztery lata temu kupiłam tu w pierwszej lepszej aptece, bez recepty i problemu, pigułkę „po”,  a kiedy byłam w piątym miesiącu pierwszej ciąży, zaproponowano mi w państwowym szpitalu aborcję z powodu (błędnego, jak się potem zresztą okazało), podejrzenia wady rozwojowej u płodu. Badania prenatalne wykonuje się tutaj bardzo licznie i skrupulatnie, informując kobietę o wszystkich zagrożeniach, statystykach, komplikacjach i możliwościach.

Dyskurs wokół aborcji nie jest tutaj jak z feministycznego snu, nie brakuje fundamentalistów, ale w praktyce da się przeżyć. (Dużą niewiadomą jest dla mnie aborcyjna rzeczywistość na sąsiedzkich terytoriach okupowanych. Z tego co wiem, prawo a Autonomii Palestyńskiej i w Gazie nie dopuszcza aborcji, a izraelska okupacja nie sprzyja rozwojowi feministycznych sieci wsparcia. Nie umiem jednak nic więcej na ten temat powiedzieć.)

Sama żyję teraz w warunkach uprzywilejowanych wobec tych w których dorastałam w Polsce. Pamiętając upokorzenia związane z bieganiną wokół prób zakupienia kiedyś w Krakowie tabletki „po”, włączając w nie karcący wzrok lekarki wypisującej receptę i jej skrępowanym głosem wyszeptaną prośbę, żebym nikomu nie mówiła, cenię sobie te po prostu przywoite warunki ponad miarę.

Ciekawie jednak, że w obu rzeczywistościach miałam podobne doświadczenie z męskim ignoranctwem. Nie lubię z prezerwatywą, więc albo ją ukradkiem ściągam w trakcie (ona się zorientuje albo nie), albo narzekam, żeby sobie brała tabletki, bo mi w gumie nie staje, albo się bawimy w zdążę nie zdążę wyjąć.  Bo seks z prezerwatywą jest jak branie prysznica w płaszczu przeciwdeszczowym. Niech chrześcijańskie miłosierdzie, zamiast skupiać się na samodzielnych kobietach, spłynie na tych wszystkich kolesi, bo na pewno nie jest tak, że mili, inteligentni chłopcy mogą być tak bezmyślni i okrutni. Amen.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s