Moje jerozolimskie hygge.

Niedawnym felietonem w GW J. Mencwel wzbudził we mnie nostalgię za warszawskim antyhygge, tak pięknie uchwyconym dekady temu w piosence zespołu T.Love.

Z warszawskiego snu wyrywa mnie jednak jerozolimska rzeczywistość, gdzie nocnych jak na lekarstwo, rzeki nie ma, a smogu nikt nie bada. Niech nikt jednak nie pomyśli, że nie mamy tu swojego własnego (anty)hygge.

Zaczyna się rano, w wyziębionym mieszkaniu, bo przecież w mieście, gdzie nie ma zimy (tylko temperatura utrzymuje się na poziomie 4 stopni w nocy od listopada do lutego), nie opłaca się instalować ogrzewania, ani też uruchamiać go jeśli w ramach fanaber
ii ktoś je jednak kiedyś zainstalował. Kiedy przekraczam próg łazienki i walczę ze sobą żeby ściągnąć majtki, rozgrzewa mnie jedynie kolejna fala nostalgii, tym razem za zimowym hygge krakowskich kamienic. I już mi lepiej.

Ponieważ nie stać mnie na najstarszego nawet grata, z dumą ekosprawiedliwej osoby uprawiam kolejną odsłonę jerozolimskiego hygge w miejskiej komunikacji. Stojąc na przystanku z wózkiem, z którego co chwilę dochodzą prośby o picie, jedzenie, wyrzucana jest czapka, a zawartość próbuje się wygramolić, obserwuję zmieniające się informacje na rozkładzie jazdy – najpierw, że czternastka będzie za 3 minuty, by za chwilę być za 26 minut. Elastyczność, cierpliwość, spokój ducha – to cnoty, które są wyższą szkołą jazdy hygge. Próbuję wsiąć w pierwszy lepszy autobus, żeby się gdzieś po drodze przesiąść, ale ten sam pomysł mają pasażerowie z wcześniejszych przystanków, więc ani ja z brzuchem w ósmym miesiącu, ani tym bardziej wózek z trzyletnią zawartością, nie mieścimy się.  To zresztą przypomina mi, iż wjazd do centrum to, szczególnie dzisiaj, bardzo zły pomysł. Dzisiaj to oczywiście pojęcie względne.

Akurat dzisiejszego dzisiaj korki związane są z ewakuacją nielegalnych żydowskich osiedli z Zachodniego Brzegu, ale w inne dzisiaj z pogrzebem ważnego rabina albo rozjechaniem na przystanku grupy cywilów. Po prostu tutaj promujemy zdrowy tryb życia, należy chodzić na piechotę. A moje hygge w tym momencie to radość z tego,  że to nie mnie rozjechano w imię walki o niepodległość.

Taksówką (komfort w wydaniu duńskim nie przymierzając) docieram do żłobka i na kampus, by w barze biblioteki narodowej usiąść nad papierowym kubkiem najgorszej kawy. Alternatywy nie ma, więc nie czepiaj się ani jednorazówek ani jakości kawy, bo mogło wcale nie być – to moje spartańskie hygge. Resztę poranka spędzam przy czterdziestoletnim biurku w czytelni, na krześle, które pod ciężarem tysięcy tyłków straciło już dekadę temu swoją równowagę, a o komforcie pracy nie słyszało, bo wynaleziono go wiele laImage result for bibi jerusalemt po tym, jak powstało. Ale hygge, które czerpię z obserwacji największych nazwisk w mojej dziedzinie, które wokół mnie też wiercą się na swoich krzesłach, nie ma sobie równych.

Urozmaicić dzień mogą już tylko zakupy na targu, i niewinna hyggeradość z bogactwa bliskowschodniego rynku warzyw. Komunikacją miejską docieram tylko do połowy drogi. Kiedy dochodzę na miejsce piechotą, okazuje się, że główna ulica, tak jak i sam targ, jest zawalona śmieciami, z których unosi się, intensywny nawet takiego zimowego dnia, smród. Oto bowiem prezydent miasta nakazał osobom sprzątającym wywalić ich materiał pracy gdzie bądź w ramach walki politycznej z ministrem, który odmówił mu kolejnych dotacji, po tym jak ten roztrwonił miejski budżet. Biedy prezydent nie ma z czego zapłacić śmieciarzom, bo chuj w rządzie mu skąpi. Lawirując między rozdeptanymi warzywami, podpaskami i kartonami, dochodzę do wysprzątanego przez właścicieli stoisk rogu i kupuję warzywo na zupę.

Wieczorem mamy normalnie basen, ale spadł centymetr śniegu więc miasto jest sparaliżowane, a dzisiejsze zajęcia,  jutrzejsze żłobki, szkoły i w ogóle życie, odwołane. W tych okolicznościach część populacji rodzinnej idzie pić martini, względnie gorącą czekoladę, w knajpie na Aza – co też bym zrobiła, ale mi się nie chce ruszyć (mój hyggeginekolog twierdzi, że na bóle pleców nic nie poradzi i trzeba swoje w ciąży przecierpieć). Moje prywatne szczęście w domu pod pięcioma kocami, z poduszką pod pupą, nie ma konkurencji (pod warunkiem, że nie patrzę w róg salonu, gdzie rośnie zimowy grzyb). Hyggekąpiel, w pojedynkę, czy wspólna, nie wchodzi w grę, bo w naszej łazience mieści się i tak tylko prysznic, więc nie żałuję, że nie ma w domu osoby towarzyszącej. Żeby tylko nikt nie kazał mi iść siku…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s